wtorek, 28 października 2025

Bałkańska przygoda 2019

 Bałkańska przygoda 2019

Serbia – Bośnia i Hercegowina – Chorwacja – Słowenia - Włochy

26 sierpień – 13 wrzesień 2019

 


   1. Preludium

   (25.08.2019, wieczór, Village)

   Ostatni wieczór przed kolejną bałkańską wyprawą. Jutro ruszamy z M. do Serbii, później Bośnia, pewnie Chorwacja i powrót. Samochód już spakowany, zakupy zrobione, paszporty i ubezpieczenie spakowane – pełna gotowość.

   Jedziemy razem, ale trochę oddzielnie. Zawsze było między nami kiepsko z komunikacją, ale teraz nawet ta cienka nić porozumienia zniknęła. Ale staram się o tym nie myśleć. Jadę na magiczną wyprawę w moją najukochańszą część świata. Chcę ciąć kilometry szos, patrzeć, słuchać, smakować, odkrywać.

   No to w drogę!

   2. Pierwsza noc

   (26.08.2019, wieczór, Węgry)

   Zapadła zupełna ciemność. Piszę z czołówką na głowie. Jestem bardzo zmęczony, ale chciałbym skrobnąć kilka słów przed snem.

   Dotarliśmy na Węgry. Jesteśmy jakieś 130 kilometrów od granicy z Serbią. Zjechaliśmy z głównej drogi i znaleźliśmy cichy, topolowy zagajnik (drzewa jak żołnierze stoją w równych rzędach) obok opuszczonego domu. Trochę złowrogo, ale staram się nie patrzeć w tamtą stronę.

   Podgrzaliśmy ziemniaków z wczorajszego obiadu, do tego mizeria i butelka Vino Verde. Zostało mi odrobinę kredytu na komórce, więc słuchamy Trójki. Dzięki temu sąsiedztwo ruin nie jest takie straszne.

   Pełen brzuch, kąpiel z butelki, szum obcego, a jednak swojskiego lasu... Lubię podróżować. Chyba nawet kocham. Chciałbym być bogaty tylko po to, żeby jechać przed siebie bez zmartwień.

   3. Wioska Drakuli

   (27.08.2019, siódma rano, Węgry)

   W nocy przyszła ulewa. No a że nie spodziewaliśmy się, to zostawiliśmy krzesła turystyczne na zewnątrz. Ociekają wodą. M. jeszcze śpi. Ja na swoim krześle położyłem worek na śmieci i jest sucho.

   Poranek miałem pracowity. Lubię prace biwakowe.

   1. Zrobiłem kawę.

   2. Number 2 w lesie – z saperką, jak prawdziwy harcerz.

   3. Pomyłem gary.

   4. Zrobiłem herbatę do termosu na drogę.

   5 Pozbierałem śmieci.

   6. Z butelki po winie zrobiłem popielniczkę na drogę.

   Mam lekkiego kaca. Tę butelkę wina wypiłem prawie sam. M. tylko zamoczyła usta. Miała trochę lęków wieczornych. Jakieś gałęzie strzelały w lesie. Kiedy w którymś momencie hałas zabrzmiał tuż przy nas, zaświeciłem latarką. Ukazało się nam białe, stare psisko. Popatrzyło obojętnie i zniknęło wśród drzew.

***

   Wymyśliłem Balkan Challenge – przez całą wyprawę narysuję przynajmniej jeden obrazek dziennie.

***

   Miałem sen:

   Jesteśmy z M w Serbii. Zamieszkaliśmy w monasterze. Ogoliliśmy czubki głów, założyliśmy habity i wysłaliśmy mamie zdjęcia. W tym śnie miałem bardzo dziewczęcą twarz, ciało i głos.

(wieczór, Serbia)

   To był długi dzień. Nie udało nam się znaleźć miejsca na obozowisko póki jeszcze było jasno, a to jest najgorsze: szukanie miejsca do zaparkowania w dziczy to nie lada wyzwanie. Tym bardziej, że jesteśmy już w rejonie górskim, więc szosa wije się wśród stromych wąwozów, ciężko o boczne dróżki.

   W pewnym momencie zjechaliśmy w wąską szosę. Zaprowadziła nas do uroczego przysiółka wysoko w górach. Ale urok szybko się rozproszył. Szare smutne, posępne twarze mieszkańców spoglądały na nas z mieszanką obojętności i wrogości. Nieufność, zbliżający się zmrok – zaczęliśmy się czuć niepewnie. Do tego zobaczyliśmy, że przy prawie każdym gospodarstwie wznoszą się mogiły. Normalnie by mnie to zaciekawiło, ale nie byłem w nastroju.

   W końcu zaparkowaliśmy na małym podwórku. Poszliśmy szukać gospodarza. Nagle w pobliskich ruinach zazgrzytały rozpadające się drzwi i wychyliła głowę przerażona starowinka. Wyjaśniłem jej, że chcemy przespać się w samochodzie na jej podwórzu. Zaczęła zawodzić, że mieszka sama, że się boi i żebyśmy odeszli.

   Rozczarowani wsiedliśmy do auta i zawróciliśmy. Spróbowaliśmy jeszcze w jednym miejscu w tej wiosce, ale kiedy ludzie z domu na zboczu góry zaczęli do nas agresywnie krzyczeć, wskoczyliśmy do samochodu i pośpiesznie oddaliliśmy się z tej posępnej osady. Kiedy wyobrażam sobie wioski wokół zamku Draculi, to taki musi tam właśnie być klimat.

   Po jakiejś godzinie jazdy zauważyłem w ciemności znak skrętu do monastyru. Może na poświęconej ziemi znajdziemy schronienie? Nie dojechaliśmy jednak do samej świątyni. Wypatrzyłem zatoczkę przy drodze i postanowiliśmy tutaj zostać.

   M. już się szykuje do spania. Ja jeszcze piję wino przy świecach i zapisuję wydarzenia dnia.

   Serbska lista:

   1. Kąpiel po ciemku z butelki ciepławą wodą gazowaną. Nie chciało mi się, ale chciałem zmyć z siebie brud. Jak wygląda taka kąpiel? Rozbieram się do rosołu. Wylewam na siebie pół butelki wody. Namydlam się. Spłukuję się dwoma litrami wody. Czyli normalny prysznic, nie jakieś półśrodki, typu chusteczki nawilżające:)

   2. Obiad w Bogaću. Frytki, pieczarki, surówka i ser. A M. zupa z cielęciny i Ćevapćici, czy jak się to nazywa.

   3. Północna Serbia brzydka i płaska.

   A jak z dalszymi planami? Jutro Mokra Gora. Zobaczymy, jak nam się spodoba. Jeśli będzie fajnie, to być może zostaniemy dłużej. Wynajmiemy jakiś domek, czy pokój i powłóczymy się po okolicy. A może zmienimy plan zupełnie i ruszymy gdzieś nad Adriatyk moczyć dupę przez resztę czasu. Zobaczymy.

4. Rodzina Tomičów, bezdroża i Drina

(28.08.2019, rano, Serbia)




  Powitał mnie słoneczny, cichy poranek. Tylko pszczoły i ptaki przerywają ciszę. I jeszcze dzwony pobliskiego monastyru. Dopiero teraz, przy świetle dziennym zobaczyłem, że rozbiliśmy się obok wielkiego, rodzinnego grobowca. Całą noc czuwała nad nami dostojna rodzina Tomičów.

   Miałem ciekawe, barwne sny. Ja, moja dziewczyna i ktoś trzeci mieliśmy pewnej nocy taki sam sen. Ktoś powiedział w nim bardzo mądre słowa. Kiedy opowiadałem ten sen, pzostałe dwie osoby ze zdziwieniem powiedziały, że śniły dokładnie to samo. Ogarnęło mnie uczucie zadziwienia, radości, własnej maleńkości w zetknięciu z tajemnicami wszechświata i rozczulenie myślą, że wszyscy jesteśmy połączeni – że nie jesteśmy samotnymi wyspami, ale wszystkich nas łączy i przenika coś głębszego. Jakaś mądrość, energia, Anima Mundi. Piękny sen.

   M. jeszcze śpi. Ja leczę kaca sokiem i widokami. Dosłownie kilka kroków stąd odkryłem przyjemną polankę. Wykopałem dziurę saperką i przykucnąłem sobie wygodnie, patrząc na kamienne domki rozrzucone po okolicznych górach wśród drzew i pól. Takie sranie to ja rozumiem.

Rodzina Tomičów

   W centralnym miejscu grobowca znajduje się zdjęcie surowej, groźnej kobiety. Na imię miała Novka. Po jej obu stronach są zdjęcia uśmiechniętych, przystojnych mężczyzn: Milana i Milinka. Urodzili się w latach dwudziestych, a zmarli w dziewięćdziesiątych. Milinko i Novka byli małżeństwem, a Milan to brat któregoś z nich.

***

   Lubię te ciche poranki, w obcych miejscach, kiedy M. jeszcze śpi. Załatwiam sobie powoli poranne sprawy, jestem sam na sam ze swoimi myślami, mogę spokojnie pisać, rysować, obserwować okolicę. Być tu i teraz.

***

   Starszy pan w zdezelowanym samochodzie (takich w Serbii jest najwięcej) przejechał powoli i pomachał mi na przywitanie.

   Odgłosy jakie słyszę:

   1. Komary – całe mnóstwo. Popsikałem się jakimś środkiem i chyba na szczęście trochę je odstrasza.

   2. Koguty budzące się w przysiółkach.

   3. Dzwony monastyru.

   4. Grzmot samolotu lecącego z północy na południe.

   5. Szelest liści i trzask gałęzi w lesie, gdzie jakieś zwierzę albo ptak coś kombinuje.

   6. Szczekanie rozgniewanego psa.

   7. Śpiewa ptaków.

   8. Dzięcioł stukający w drzewo.

   9. Budząca się M. (szelest śpiwora, plastykowa butelka z wodą i kaszel)

(wieczór, Mokra Gora, Serbia)

   Po małych przygodach dojechaliśmy do Mokrej Gory na południowym zachodzie Serbii. Mokra Gora to niewielka turystyczna miejscowość w górach. Toma, facet sprzedający rakiję na parkingu, polecił nam restaurację na wzgórzu obok stacji kolejki wąskotorowej. Zjedliśmy tam suty obiad. Tylko nie wiem, jak długo pociągnę na grilowanych warzywach, surówkach i serze. Tylko to czeka tutaj jarosza. Po jedzeniu poszliśmy się zameldować do hotelu, który także polecił nam Toma. Nawet nas tutaj zaprowadził. Domyślam się, że ma jakiś układ z właścicielką. Zapłaciliśmy 20 euro za przestronny, dwupokojowy apartament. Teraz siedzimy na balkonie, pijemy likier orzechowy z rakiją. Mamy widok na słynną kolejkę wąskotorową. Beczą donośnie kozy, które zaczął właśnie karmić właściciel.

   Mały rewind: Po leniwym poranku ruszyliśmy w drogę koło 10 rano. Okazało się, że w ciemnościach minęliśmy wielki placyk pod samym monastyrem. Z pięknym widokiem doskonale nadawałby się na nocne obozowisko. No ale tam, gdzie trafiliśmy też nie było źle.




   Po kilkunastu minutach drogi okazało się, że dalszy odcinek szosy jest zamknięty i musimy zrobić objazd. Opis objazdu, jaki dostaliśmy od robotników siedzących sobie w rowie okazał się tak enigmatyczny, że oczywiście go nie znaleźliśmy. Wreszcie zatrzymałem wypasioną terenówkę z tubylcem. Milan uczynnie machnął do nas, że mamy za nim jechać. Miałem niezły zastrzyk adrenaliny. Szutrowa droga prowadząca przez góry wiła się stromo i moja Xsara wyła niemiłosiernie pokonując wzniesienia i niemożliwe zakręty. Zacząłem się zastanawiać, czy Milan, jadący wygodnie terenówką nie przeliczył moich możliwości. Na szczęście po pół godzinie dojechaliśmy na szczyt góry skąd zaczynał się asfalt na drugą stronę. Pożegnaliśmy się serdecznie z naszym przewodnikiem i ruszyliśmy dalej.

Większa część drogi wiodła wzdłuż Driny: rzeki, która oddziela Serbię od Bośni. Pomimo klimy odczuwaliśmy 35 stopniowy upał, więc zamarzyła nam się kąpiel. W końcu trafiliśmy na małą boczną dróżkę, która poprowadziła nas prawie do samej wody. Przed samym wejściem do wody wystraszyła mnie mała, zygzakowata żmija, która groźnie uniosła łeb w wodzie. Odszedłem więc trochę dalej i wziąłem kąpiel. Woda była lodowata! Nawet u siebie w górskiej przecież wiosce, jest cieplejsza. Ale odświeżenie było wspaniałe.




   No a w końcu dotarliśmy tutaj: do Mokrej Gory.

   M. ciągle oddalona. Nie ma czułości i bliskości. Ale co zrobić. Idę po prostu z prądem, w swoim świecie.

5. Pytania na wiatr

(29.08.2019, po południu, jeszcze w drodze, gdzieś za Wyszehradem, Bośnia)




   Pożegnaliśmy się z Mokrą Gorą. Odwiedziliśmy jeszcze Drewniane Miasto Kustoricy i Bijelą Vodę. Byliśmy tam już wczoraj wieczorem. To był uroczy, spokojny spacer wzdłuż zadbanej uliczki, która wydawała się prowadzić przez park w jakiejś stolicy, a nie przez wioskę: starodawne latarnie, ławeczki, odrestaurowane lokomotywy. Pięknie wyglądały również tradycyjne, serbskie domki z drewna. Świecił mocno księżyc, byliśmy sami, tylko nasze kroki brzmiały w nocnej ciszy. Cudnie.

   Po spacerze położyłem się spać, ale sen nie chciał przyjść. Poszedłem więc do drugiego pokoju, żeby nie budzić M. i puściłem sobie miejscową telewizję. Akurat leciał jakiś stary, polski film moralnego niepokoju. Obejrzałem z napisami w cyrylicy, próbując złapać nowe słówka. W końcu sen przyszedł też do mnie.

***

   Zastanawiamy się nad wejściem na najwyższy szczyt Bośni: Maglić. Tylko te upały... Nie wiem, czy nie są za ostre na górskie wędrówki. Pamiętam Turbacz w Albanii. Jaka to była męka iść w palącym słońcu. Ale kusi mnie. To byłby już mój drugi najwyższy szczyt Bałkanów (po Korabie w Macedonii).

(wieczór, gdzieś na wschodzie Bośni, Park Sjuteska)

   Już ciemno. Znaleźliśmy piękne miejsce na obozowisko w bocznej drodze w górach. Na szczęście udało nam się tutaj dotrzeć przed zmrokiem. Niedaleko widnieje jakaś wioska. Mamy cudowny widok, który jednak w pełni docenimy dopiero jutro rano.



   O! Właśnie podszedł do nas lisek i uciekł, kiedy poświeciłem na niego latarką. A niedaleko słychać dzwonki owiec.

   M. ogląda mapę. Znalazła w pobliżu dwa szczyty: Kmur (1508m) i Plijeś (1606m). Może zamiast na Maglić poszlibyśmy tam? Zostalibyśmy tutaj, miejsce fajne, prowiant jest, a może uda się jeszcze poznać z miejscowymi? Turystów zapewnie tutaj nie widują, więc mogłoby to być ciekawe doświadczenie.

   Co dziś jeszcze było?

   1. Most na Drinie w Wyszehradzie.

   2. Kolacja z grilla: pyszny ser z Hercegowiny, pomidory, papryka, cebula, ajvar.

   3. Wino „Romance” w artystycznej butelce. M. wybrała.

   Pytania na wiatr:

   - A dlaczego w Wyszehradzie Serbowie zrzucali z mostu Bośniaków i strzelali do nich z karabinów? Na co to komu?

   - A dlaczego kobieca mokrość między nogami ma taką moc?

   - A dlaczego (choć tak tu pięknie) człowiek boi się, że ktoś przyjdzie w nocy i zrobi coś złego?

   - A dlaczego pali się te głupie papierosy, choć tylko śmierdzą i mogą zabić na kilka nieprzyjemnych sposobów?

   - A dlaczego będąc z kimś, można być bardziej samotnym, niż nie będąc z nikim?

6. Duch Maglića

(30.08.2019 rano, gdzieś na wschodzie Bośni, Park Sjuteska)

   Noc byłą spokojna, a poranek jest piękny. Mógłbym tak budzić się całe życie. Codziennie w innym miejscu. M. jeszcze śpi. Piję kawę. W oddali pasterze nawołują owce. Pięknie to brzmi. „Hoj! Hoj! Hajde!” – donośnym głosem woła Bośniak, a dzwoneczki płochliwie dzwonią. Ze wzgórza, gdzie siedzę, widać czerwone dachy chatek pośród drzew. Chciałbym wiedzieć, co czuje i myśli ten pasterz, który woła głośno owce.

   Przejechały dwa samochody. Kierowcy nas zauważyli, więc pewnie rozniesie się, że tutaj jesteśmy. Chcielibyśmy zostać jeszcze jedną noc. Pochodzić po okolicy, wejść do wioski, poznać się z ludźmi. Mam nadzieję, że miejscowi są przyjaźnie nastawieni. Przypomina mi się serbski przysiółek, więc nie wiem na pewno... Ale tam wszystko było martwe i mroczne,  a tutaj wydaje się, że ludzie żyją, mają zajęcie, energię, zwierzęta, pola.

***

   Nie chcę wracać do domu. Codziennych spraw, pracy, martwienia się o pieniądze. Mógłbym tak zawsze podróżować. Poznawać nowe miejsca, ludzi, jechać przed siebie, czasami zatrzymać się na krótszą albo dłuższą chwilę, a później znów dalej i dalej. Pisać o wszystkim, rysować, marzyć, nigdzie nie należeć... To jest prawdziwa wolność. Smutno mi, ze nie mogę tego mieć zawsze. Tylko takie kropelki, jak te krótkie wyjazdy. Ale z drugiej strony, może bardziej doceniam, mając tylko te chwile.

   Ciekawe, co przyniesie dzisiejszy dzień.

   ***

   Poranek leniwie się przedłuża. M. czyta przewodnik, grzeje wodę na herbatę i do mycia garów. Ja leżę na karimacie i słuchając brzęczenia much i szumu wiatru czytam opowiadania Kurta Vonneguta. Skończyłem część z dziwactwami i teraz czekają mnie opowiadania o miłości.

   W lesie, na drugiej „sesji z saperką”, jak ochrzciliśmy number two, spotkałem dwa konie, Siwka i Gniadego. Jest coraz cieplej, ale ciągle przyjemnie. Niebo lekko zachmurzone, do tego osłania nas cień drzewa. Nauczyłem się nowego wyrażenia po chorwacku. „Kao da...” – jak gdyby. „Ponaša se kao da im je otac” – Zachowuje się, jak gdyby był ich ojcem.

(wieczór, Tjenište, Bośnia)

   Po porannym lenistwie zrobiliśmy sobie spacer po pobliskich wioskach. Zuhdija Besovič, gospodarz małego gospodarstwa zaprosił nas na kawę i kieliszek rakiji. Pogawędka fajnie się kręciła. Opłaciło się wkuwanie języka. Tylko biedna M. męczyła się trochę, niewiele rozumiejąc. Rakija była przepyszna, więc kupiliśmy po butelce. Po drodze z powrotem do samochodu przyplątał się do nas śliczny, przyjazny piesek



***

   Pojechaliśmy dalej. Znaleźliśmy się w Tjenište u stóp Maglića. Rozbiliśmy się koło restauracji Makaden, gdzie szefem jest przyjaciel Zuhdija (z wczoraj, tego od rakiji). Przydała się znajomość. Właściciel Makadena powiedział, że damy radę wjechać Xsarą na przełęcz Prijevor, skąd na Maglić już prosta droga.



   Trochę się boję. Na zdjęciach w sieci szutrowa droga wijąca się nad przepaściami wyglądała raczej przerażająco. No ale słowo się rzekło – nie mogę się już wycofać. Choć pewnie jutro będę żałował. No ale lubię pokonywać swoje lęki. Po fakcie człowiek czuje satysfakcję i dumę. Udało się na Korab, uda się i na Maglić.

***

   Kiedy właściciel restauracji powiedział, że możemy nocować u niego na placu, pozwoliłem sobie na piwo do obiadu, choć musiałem jeszcze przejechać z 50 metrów drogą. I akurat w trakcie piwa weszło dwóch policjantów. Trochę się zestresowałem, ale na szczęście szybko zjedli i poszli.

***

   Ugotowałem nam makaron na jutrzejsze wejście na szczyt. Zapakowałem w pudełka. Pobudka o 7 rano i ruszamy (choć wątpię, że uda mi się M. tak wcześnie wyciągnąć ze śpiwora).

   To tyle z dnia. Teraz jeszcze kubek wina, papieros i sen...

***

   duch Maglića:

   Za czym pan tęskni? Za domem? Ale jak to? Przecież mówi pan, że chce jechać przed siebie zawsze, być wolnym, nie zatrzymywać się. No więc jak to jest? A może po prostu pan ucieka? Bo nigdzie nie czuje się pan w domu? Jedyny dom, jaki pan zna i do jakiego tęskni, to miłość – symbiotyczny związek dwóch bratnich dusz. A kiedy tego nie ma, to wszystko wydaje się prowizorką, bezsensownym wysiłkiem. No tak... Wtedy faktycznie lepiej pędzić przed siebie. Bo wtedy więzienie życia pozbawionego miłości nie jest aż tak nieznośne... To jak to jest, proszę pana?

   Ja:

   Dziękuję ci duchu Maglića. Mądre uwagi. Myślę, że masz dużo racji. Chyba tak właśnie jest. Ale czy nie jest tym każde życie? Poszukiwaniem domu? Sam już nie wiem, czy uda mi się go znaleźć. Ale z pewnością byłoby łatwiej, gdybym nie musiał zajmować się tak trywialnymi i kłopotliwymi sprawami, jak praca, rachunki za kablówkę, naprawa samochodu. Mierzi mnie to niezmiernie. Nie mam ambicji zawodowych. Uważam, że to zwykła strata czasu. Praca to przymus, jak np. wypróżnianie się. Trzeba jednak z czegoś żyć i nie mam pojęcia, jak się z tego wyrwać. Jaki genialny pomysł mógłby mnie uwolnić z tego oleistego i szarego obowiązku.

   duch Maglića:

   Drogi panie, ależ ja to wszystko rozumiem. Dlaczego jednak nie powiedział pan nic o miłości?

   Ja:

   Miłość... Nie wiem, czy możliwa jest taka harmonia, taka jedność. Nie w tym życiu. Bo nawet jeśli znajdę, to ile mi jeszcze zostało? Palę, piję, nie ćwiczę, nie dbam o siebie. Mam 43 lata. W każdej chwili ta maszyneria może pójść w diabły.

   duch Maglića:

   A ona? Ta, co zasnęła obok pana?

   Ja:

   Fajna dziewczyna. Piękna, urocza... Ale nic a nic mnie nie rozumie, nie czuje. Chce mnie zmienić. Boi się rzeczy, które wykraczają poza jej doświadczenie, więc udaje sama przed sobą, że ich nie dostrzega. Boi się światła księżyca, w którym ja czuję się jak w domu....

   Duch Maglića znika wśród nocnych, siwych chmur.

***

   Co słyszę późnej nocy?

   1. Samochody mijają się na ruchliwej, pomimo późnej pory, szosie.

   2. Agregat gdzieś głośno warczy. Albo jakiś dźwig? Spychacz?

   3. Śpiew mułły w meczecie niesie się niepokojąco-rzewnym głosem. Nie rozumiem tego nastroju. Podoba mi się, pociąga mnie nawet, ale go nie rozumiem. Budzi we mnie pewien lęk.  Bóg jest w tym taki odległy, mroczny. Śpiew mułły jest jak melodia nagiej duszy, zagubionej w ciemnym wszechświecie, wołającej ze smutkiem do odległej Istoty, która być może ją słyszy, a być może nie. To nie moja ścieżka. Ale jednak teraz, o zmroku ten głos, ta melodia, pasują do tego wszystkiego, co czuję.

   4. Jeszcze cykady rzępolą, ale ledwo, ledwo je słychać. W dziczy, gdzie spędziłem ostatnie kilka nocy, ich muzyka królowała. Tutaj są tylko lekkim akcentem, smyczkowym akompaniamentem do maszynowego turkotu i egzystencjalnego uniesienia islamskiego kapłana.

   5. I już nic więcej nie słyszę.

***

   W mojej wyobraźni jutrzejszy wjazd na Prijevor wygląda przerażająco. Kiedyś często miałem sen, że idę po trawiastej górze o bardzo stromym zboczu. Zbocze było zawsze tak spadziste, że musiałem się czołgać i trzymać trawy, żeby nie spaść. W tym śnie rozkosz mieszała się z lękiem. Kiedy rok temu wchodziłem na Korab, miałem przebłyski tego snu. Podnieca mnie to, że jutro być może znów tego doświadczę.

   Dobrej nocy.

7. Via Ferrata

(31.08.2019, wieczór, Blagaj koło Mostaru, Bośnia)



   Zacznę od początku, żeby się nie zgubić, bo dzień był długi i obfitujący we wrażenia.

   Rano wstałem dosyć wcześnie i przygotowałem nas do wyjścia na Maglić: plecaki, jedzenie, napoje. M. wstała dosyć późno i trochę się guzdrała. Wreszcie powiedziałem jej dosyć ostro, że ma się pozbierać, bo musimy tak wymierzyć, żeby nie utknąć w górach wieczorem. Obraziła się śmiertelnie.

   Odcinek, który pokonaliśmy samochodem wcale nie była taki straszny, jak się obawiałem. Bez trudności wjechaliśmy na jakieś 1600 m. Trasa nie umywała się do tej w Strazimirze w Macedonii przed wejściem na Korab.

   Ale jeśli chodzi o samą wspinaczkę... Wejście było koszmarne, strome, niebezpieczne, groźne. Jak się później okazało, wybraliśmy najgorsze z trzech podejść. Tzw. Via Ferrata, którą chodzą doświadczeni wspinacze. Zaczęło się w miarę dobrze, choć widok góry nas przytłoczył. Ale po jakiejś pół godzinie zaczęło się strome podejście. Ja sam zacząłem się denerwować, a M., która ma lekki lęk wysokości zaczęła tracić spokój bardzo szybko. W pewnym momencie zeszliśmy ze szlaku i wpakowaliśmy się na stromy, kamienisty żleb, gdzie z każdym krokiem obsypywała się nam spod stóp mała lawina kamieni. W tym momencie już bym zawrócił, ale bałem się, że przy zejściu tym piargiem może nam się coś przytrafić, więc może zaraz będzie lepiej. Wreszcie odnaleźliśmy właściwy szlak, ale dużo nam to nie pomogło. M. coraz bardziej panikowała.

   Kiedy z góry zeszło dwóch Bośniaków zaopatrzonych w liny i kaski, spytałem, czy zaraz zrobi się lepiej. Popatrzyli na nas z politowaniem, i powiedzieli że zaraz będzie o wiele gorzej. Postanowiliśmy zawrócić. Mężczyźni spytali, czy potrzebujemy pomocy. Odpowiedzieliśmy, że damy sobie radę. Kiedy zniknęli za zakrętem, M. zupełnie się rozkleiła. Zaczęła płakać, krzyczeć, no, zrobiło się niebezpiecznie, bałem się, że w panice zrobi jakąś głupotę, a zbocze było bardzo niebezpieczne. Na szczęście mężczyźni zawrócili. Okazało się, że są lokalnymi GOPRowcami na prywatnej wyciecze. Założyli M. uprząż, liny, i za rękę sprowadzili w dół. Tak że na szczęście wszystko skończyło się dobrze.



   Kiedy usiedliśmy wyczerpani na dole, podszedł do nas pasterz i zaprosił na kawę do bacówki. Radovan. Od 40 lat mieszka w górach. Poprosił nas, żebyśmy mu znaleźli w Polsce kobietę, która chciałaby z nim zamieszkać. Obiecałem, że się rozejrzę. Poczęstował nas domowym kajmakiem. Dawno nie byłem tak bliski zwymiotowania. Ciepła, tłusta i śmierdząca breja nie chciała przejść mi przez gardło, ale nie chciałem urazić gospodarza, więc jakoś przełknąłem i szybko popiłem rakiją, której nam wcześniej nalał.

A później co?

   - Kilkadziesiąt kilometrów jechaliśmy przez brzydkie, skaliste, zamglone i zimne tereny Hercegowiny.

   -  Staruszka w czarnej sukni i chuście szła powoli pustą jezdnią. Nawet się nie odwróciła, kiedy dojechaliśmy do niej samochodem. Ostrożnie ją wyminąłem.

   - Trochę dalej, pomiędzy opuszczonymi, przekrzywionymi budynkami wśród mgle bawiły się dwie kilkunastoletnie dziewczynki w zachodnich ubraniach. Dziwnie wyglądały ich uśmiechy na tym cmentarzysku.

   - Zatrzymaliśmy się w miłym miasteczku – Blagaj koło Mostaru. Trafiliśmy na wyjątkowo przyjemny kemping w samym środku miasteczka. Rzeczowy, lekko zblazowany, ale sumienny właściciel dał nam zestaw ulotek o Blagaju i okolicach, mapę i kupony na zniżkę do restauracji po drugiej stronie rzeki.

   - W knajpce koło kempingu („Most”) wypiłem trzy rakije i zjadłem kawałek arabskiego słodycza, zupełnie wyleciała mi z głowy nazwa. M. wzięła naleśniki z nutellą. Siedzimy i planujemy. Zostaniemy tutaj jutro. Wyśpimy się, zrobimy pranie, później spacer, świątynia derwiszów, książka, pisanie, rysowanie. Właściciel kempingu zaproponował, żebyśmy się jutro przenieśli w lepsze miejsce, bliżej brzegu rzeki.

8. Vonnegut w Blagaju

(01.09.2019 rano, Blagaj, koło Mostaru, Bośnia



    Niemieccy turyści z Balkan Express Adventure Rally szykują się do wyjazdu. Niedługo zostaniemy na kempingu sami i będziemy mogli wybrać sobie lepsze miejsce. Tradycyjnie M. jeszcze śpi, a ja piję kawę i palę za dużo papierosów. O, obudziła się, macha mi wesoło z samochodu.

   Obok nas szykuje się do wyjazdu również hiszpańska rodzinka. Porozmawialiśmy chwilę. Bardzo mili, uśmiechnięci. Ucieszyli się, że mogą pogadać po hiszpańsku. Ja zresztą też, choć chorwackie słówka uparcie próbowały zastąpić hiszpańskie. Ciężko się było przestawić.

***

   M. sprawdziła właśnie w internecie opisy wejścia na Maglić. No tak, wybraliśmy najgorszą z możliwych tras. Innymi szlakami wchodzą nawet dzieci. No ale bez tej pomyłki nie mielibyśmy takich ekstremalnych przygód:)

   M. jest dziś bardzo miła, wesoła, do rany przyłóż. Na szczęście szybko otrząsnęła się z wczorajszej traumy. Poranek się miło i leniwie przedłuża. Kupiłem sobie zimnego Heinekena w sklepie, jogurt na śniadanie, sok pomarańczowy. M. poszła się kąpać, a później ma w planie pranie w umywalce. Gospodinie, jako mi danas ujutra dobro.

***

   Właściciel kempingu ma na imię Nedżad. Bardzo dba o miejsce. Chodzi, sprząta, podlewa, pilnuje, zagaduje. Widać, że to jego perełka. Rozmawialiśmy przez chwilę. Dostał tę ziemię od ojca. Pracuje tylko w sezonie, resztę roku ma dla siebie. Poczułem ogromną zazdrość. Taki właśnie skarb chciałbym znaleźć – coś, co uwolniłoby mnie od konieczności pracy na etacie.

   Przygotowałem sobie pod ręką opowiadania Vonneguta. Odwlekam przyjemność czytania.

Mistrz Vonnegut

„Kim teraz będę?”

Opowiadanie wycisnęło mi z oczu kilka łez. On jest pustką i ona jest pustką. Ale kiedy wcielają się w role na scenie, to granie napełnia ich życiem. I nagle z ich pustki rodzi się miłość.

„Długi spacer do zawsze”

Kto by pomyślał, że Kurt tak sprawnie i rzewnie potrafi pisać o miłości? Zawsze był dla mnie błyskotliwym i smutnym cynikiem. Żołnierz ucieka z jednostki, żeby powstrzymać przed ślubem dziewczynę, którą kocha. „Noga za nogą, przez liście, przez kładki”. Ta fraza przewija się jak refren. I noga za nogą miłość wygrała.

„Noc dla miłości”

To opowiadanie to uczta. Czuję się, jakbym zaspokajał głód. Dwie starsze pary i wspomnienie pewnej dawnej, księżycowej nocy.

(około 18, Blagaj)

   Wróciliśmy z długiego spaceru. Ładny ten Blagaj. Upał był nieziemski. Zaszliśmy najpierw nad rzekę. Był tam inny kemping. Pusty, nawet bez właściciela. Jedna strona to byłą wydrążona skała, gdzie w jaskini była kuchnia i salon.

   Wskoczyłem do lodowatej wody nago, tysiące ostrych igieł odgoniło upał i poczułem się jak nowy. Nakradliśmy słodkich jak miód fig, ciepłych od słońca. Później M. zaprosiła mnie na obiad. Ja miałem wegetariański miks, a ona węgorza z ziemniakami. Sporo kasy tam poszło. A jeszcze więcej na jarmarku pod świątynią derwiszów. Dostałem od M. fajny kapelsusz z łyka, który od teraz jest moim ulubionym. A ja kupiłem jej zestaw trzech kapeluszy, w których wyglądała uroczo. No i oczywiście magnesy, które żarliwie kolekcjonujemy.




   W świątyni derwiszów wpadłem w zadumę. Zawsze w miejscach kultu, ogarnia mnie zamyślenie. Czuję szacunek i pewien żal, że tak daleko odszedłem od życia duchowego, od modlitwy.

   Jeszcze wcześnie. Pewnie wyskoczymy na wieczorny spacer i może jakąś przekąskę.

9. Mostarscy ludzie

(02.09.2019 rano, Blagaj, Bośnia)




   Jesteśmy już praktycznie gotowi do dalszej drogi. Samochód spakowany, ja po prysznicu, M. w trakcie, kawa wypita, no i czekamy aż Nadžad się obudzi, płacimy i ruszamy. Kierunek: Mostar. Przypomniałem sobie, że wziąłem swoje kartki do rozdawania na pamiątkę. Zostawię mu komplet.

   Bardzo mi się podoba mój nowy kapelusz. Nakrycie głowy ma to do siebie, że dodaje człowiekowi pewien ton i wpływa na jego osobowość. Szkoda, że to kapelusz czysto wakacyjny. Kiedy wrócę do domu, będzie musiał czekać na przyszłe lato.

   A gdybym zrobił taki River Camp u siebie na wiosce? Tylko co z dojazdem dla kamperów? Miejsce nad rzeką mam świetne, tylko tam jest tylko ścieżka rowerowa. Sam nie wiem. No i moja wioseczka to nie Blagaj:)

   Ale póki co wakacje ciągle trwają. Jeszcze półtora tygodnia wędrówki. Odlično!

   Ostatnie dwa dni lepiej pomiędzy mną a M. Wydaje się bardziej zrelaksowana, otwarta.

(po południu, Mostar, Bośnia)

   Od rana mieliśmy bardzo intensywny dzień. Po przyjeździe do Mostaru, może po jakichś dwudziestu minutach dojechała z Medjugorie mama (trochę się umawialiśmy na to spotkanie, ale przy bardzo sporadycznym dostępie do sieci, nie było to nic pewnego). Grupa z autokaru mamy poszła do kościoła franciszkanów na mszę, a my porwaliśmy ją na spacer po starym mieście. Kupiliśmy jej prezent na kramikach: kolorowy plecak. M. miała fajny pomysł, mama bardzo się ucieszyła. Pochodziliśmy chwilę, weszliśmy na słynny most, gdzie jakiś śmiałek wskoczył do wody, zaprosiliśmy ją na kawę i kiedy msza się skończyła, mama dołączyła do swojej grupy. Fajnie było się tak spotkać daleko od domu. Widziałem, że jest bardzo szczęśliwa i podekscytowana, choć trochę stresowała się, że zgubi grupę. Uspokoiłem ją, że na pewno nie, a jeśli nawet, to zawieziemy ją do Medjugorie pod hotel.

   Później już we dwójkę wróciliśmy na stare miasto i poszwendaliśmy się wśród kramików, kupując pamiątki i oglądając kolorowe dziwy.  M. wpadła w szał zakupów i kiedy od Cyganki kupiła „ręcznie robiony” obrus, choć nie ma w domu nawet stołu, to zacząłem ją powstrzymywać. Ja również kupiłem kilka prezentów dla domowników, mam już prawie wszystkich. No ale kasa za szybko leci, muszę zacząć się hamować.

   W końcu wyczerpani czterdziestostopniowym upałem zatrzymaliśmy się na obiad w małej, niepopularnej restauracyjce w bocznej uliczce w centrum. Byliśmy jedynymi gośćmi. Marudny, gruby szynkarz podał nam obiad. W miarę smaczny. Kiedy wyszedł na główną ulicę wabić następnych gości, dosiadła się do nas jego miła żona. Od słowa do słowa okazało się, że zna sąsiadkę, która zaraz obok ma pokoje do wynajęcia. Zadzwoniła i załatwiliśmy pokoik za 20 euro za noc. Kiedy jej mąż dowiedział się o jej inicjatywie, zaczął ją ostro ochrzaniać. „Po co się mieszasz? Ty zawsze musisz coś wymyślić! Co cię obchodzą ci ludzie? Masz coś z tego?!” Pewnie nie zdawał sobie sprawę, że wszystko rozumiem. Jego żona kiwała głową potakująco, a kiedy gospodarz się odwrócił, mrugnęła do nas z uśmiechem.

   Teraz musieliśmy jakoś wymyślić, jak dojechać tutaj z parkingu pod kościołem. To była cała przygoda. Jedno jest pewne: nawigacja w Mostarze jest zupełnie bezużyteczna. Nie orientuje się, gdzie są jednokierunkowe ulice, a gdzie w ogóle nie ma dostępu dla samochodów. Sfrustrowany krążyłem w kółko wokół centrum. Na szczęście na ratunek ruszyli nam miejscowi. Kiedy podłamany utknąłem w jakiejś miniaturowej uliczce, podeszli do nas zatroskani Mostarowicze. Starszy pan, jego żona i chyba przyjaciel. Wyjaśniłem im, jak umiałem, jaka jest sytuacja. Starszy pan próbował mi wyjaśnić, jak dojechać, ale to było zbyt skomplikowane. Wreszcie zaproponowałem, żeby wsiadł ze mną do samochodu i mnie poprowadził. M. została na miejscu i poszła do hoteliku, który znajdował się jakieś 100 metrów dalej.

   Natomiast samochodem musiałem przejechać jakieś 4 kilometry, żeby się tam dostać. Starszy pan okazał się niesamowitym człowiekiem. Bardzo inteligentnym, wykształconym, serdecznym człowiekiem. Opowiedział mi trochę o wojnie i że teraz jest na emeryturze, trochę pomaga prowadzić żonie sklepik z ekologiczną żywnością i że bardzo kocha Mostar. Kiedy dojechaliśmy na miejsce szczerze podziękowałem. Odpowiedział, że nie ma o czym mówić. Że wierzy, ze każde uczynione dobro do nas wróci. Kontakt z taką osobą, to balsam dla duszy. Dałem mu na pamiątkę ćwiartkę Soplicy, których wzięliśmy kilka na prezenty. Pomachał mi na pożegnanie i odszedł.

   Teraz mały relaks na podwórku przed hotelikiem i zaraz znów idziemy pospacerować po mieście. Tym razem zobaczymy, jak wygląda Mostar nocą. No i teraz, skoro już nie czeka mnie prowadzenie samochodu, napiję się wreszcie zimnego piwa i mrożonej rakiji!

(wieczór, Mostar, Bośnia)



   Za nami długi spacer. Pełen kroków, zakupów, rakiji i miłych ludzi. Bardzo przypadło mi do gustu to miasto. W małej knajpce wdałem się w pogawędkę z miejscowymi, którzy tłumaczyli mi jakiś żart, którego nie zrozumiałem. Później spytałem, dlaczego rakija z winogron nazywa się „loza”. Na to jeden z klientów odpowiedział: „A dlaczego u was alkohol z ziemniaka nazywa się wódka, a nie ziemniaczanka?”. Good point.

   Teraz siedzimy w jednej z dziesiątek małych restauracyjek w centrum. Niedaleko w knajpce śpiewa dziewczyna do akompaniamentu gitary. W większości zachodnie, romantyczne piosenki. Niby nie pasuje, ale ma to swój urok. Tym bardziej, kiedy do jej śpiewu dołączyło intonowanie mułły z meczetu. Taka właśnie jest dla mnie Bośnia: łączą się tutaj dwa światy: Zachodu i Orientu. Ta mieszanka jest dla mnie odurzająca. Porozmawiałem też z przesympatycznym kelnerem. Nazywa się Ali. Gadaliśmy o jego pracy, wspomniałem, ze przez lata pracowałem w knajpach i już bym do tego nie wrócił. Fajny koleś. On też musiał poczuć do nas sympatię, bo przyniósł nam darmową kolejkę rakiji (sam nie wiem, która to już dzisiaj:). Jestem lekko podpity.

   Trochę jeszcze posiedzimy. Miło jest w tym półmroku, wśród kolorowych świateł, różnych języków, śpiewu, zapachów. Nie jestem Polakiem. Jestem mieszkańcem świata. Moja narodowość to kosmopolityzm. Najlepiej czuję się w takich miejscach, w takiej różnorodności. To jeden z tych wieczorów, które ze mną zostaną.



10. Zatrucie i ucieczka na wybrzeże

(03.09.2019, rano, Mostar, Bośnia)

   Za oknem szaro i siąpi deszcz. M. ciągle śpi, odrabia ciężką noc. Zatruła się czymś i całą noc wymiotowała. Ja też czułem się nieswojo na żołądku, ale mnie tak bardzo nie chwyciło. Wyskoczyłem do samochodu po naszą apteczkę i oboje zjedliśmy jakieś lekarstwa na żołądek.

   Dziś nie zabawimy długo w Mostarze. Chcemy dojechać na Peljesač i wreszcie zacząć cieszyć się morzem. Mam nadzieję, ze na wybrzeżu pogoda jest lepsza.

   Myślę, że to nasz ostatni wspólny wyjazd. Coś się skończyło. Smutno mi, czuję żal. Ponad dwa wspólne lata. Ale to normalne. W tym życiu wszystko jest na chwilę. Jeśli próbujemy zatrzymać coś na zawsze, to będziemy czuli frustrację, gniew, rezygnację. Ale to nie jest dobre. Trzeba uświadomić sobie, że życie to ciągle zmieniająca się rzeka. Płyńmy z jej prądem, ale nie przywiązujmy się do tymczasowych sytuacji. Bądźmy tu i teraz, czerpmy z tego ile się da, ale musimy zrozumieć, że wszędzie jesteśmy tylko gośćmi i współpasażerami. To jest trudne zagadnienie i myślę, że możemy się uczyć tego podejścia całe życie. Dla niektórych jest to nie do przejścia. Jest to pragnienie stałości, pewności, kontroli. Ale kontrola to iluzja. No... Ale mnie wzięło na filozofowanie:)

   Poczytam jeszcze Vonneguta, a kiedy M. wstanie, to jedziemy dalej.

(wieczór, Orebić, Chorwacja)

   Po długiem, smętnym, zachmurzonym dni, dojechaliśmy do Chorwacji. Niestety biedna M. jest coraz bardziej chora. Dopadła ją silna gorączka i nie może nawet nic jeść.

   Najpierw spróbowaliśmy Żuljany, ale to miejsce zupełnie nam nie spasowało. Pojechaliśmy więc dalej, w głąb półwyspu. M. czuła się coraz gorzej, więc spróbowałem znaleźć coś blisko, ale kolejna mała miejscowość była zupełnie wymarła, żaden pensjonat nie działał. No i ostatecznie dojechaliśmy do sporego miasteczka: Orebić. To miejsce okazało się bardzo przyjemne i urocze. Od razu znalazłem miły hotelik nad samą plażą. Utargowałem z właścicielką z 35 euro do 30. Właścicielka, Vinka, bardzo przejęła się chorobą M. Przyniosła nam herbatę rumiankową, miód i rakiję własnej roboty. Blada z wycieńczenia M. nie dała się jednak przekonać, więc rakiję wypiłem ja. Trzy kieliszki, zanim Vinka zorientowała się, że lepiej zabrać butelkę ze sobą:)

   W końcu przeniosłem do mieszkanka wszystkie rzeczy. M. padła do łóżka zupełnie nieprzytomna (38 stopni gorączki!). Ja poszedłem na spacer po plaży. Też nie czułem się za dobrze, ale chciałem zobaczyć, jak tutaj wygląda. Wstąpiłem do małej knajpki. Zjadłem obiad. Od razu widać, że wyjechaliśmy z Bośni: ceny tutaj są dwa razy większe niż tam. Nawet w Mostarze było taniej.

   Mam nadzieję, ze biedna M. dojdzie do siebie szybko. To naprawdę pech zachorować na urlopie i to w takim miejscu. Zaraz do niej wrócę, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku.



   Zostaniemy tutaj kilka dni.

11. Orebić w śmiesznym kapeluszu

(04.09.2019, południe, Orebić, Chorwacja)

   Wreszcie wykąpałem się w morzu! Znalazłem w miarę miłą plażę niedaleko naszego hoteliku. Plaża, jak to w Chorwacji, nie urzeka urodą (żwir i cement, piasku nie uświadczysz), ale nie zależy mi. Wreszcie woda! Choć nie czuję się najlepiej, wirus, który zmógł M. też się do mnie lekko dobrał, to nie chciałem siedzieć w pokoju i oglądać chorwackiej telewizji (choć to też ciekawe).

   M. ciągle zmęczona chorobą, została, a ja wypuściłem się na samotny spacer. Widać, że sezon się skończył. Plaże są puste, niektóre bary już zamknięte, czekając na przyszłoroczny zalew rodzin z dziećmi (głównie z Polski:), w ogóle tempo życia spowolniło. Trochę smutno mi się wśród tego chodziło samemu. Czułem się lekko odłączony. Chodzi sobie taki Marcyś w śmiesznym kapeluszu, zamknięty w swojej skorupce i patrzy na Adriatyk, czasem kupi sobie rakiję, zamoczy stopy w morzu...

   Lista z Orebića:

   1. Morze uspokaja.

   2. Czekam, czy M. pozbiera się z hotelu i zjawi się tu przy mnie.

   3. Sączę cydra – proper English Strongbow!

   4. Szukam nastroju, który można by przerobić na słowa, ale ciężko mi z tym. Może to przez chorobę, ale wszystko wydaje się ogołocone. Jestem tylko ja, szum fal i powiew wiatru. Jakby cały świat był wielki, pusty, przytłaczający, a ja mały, istniejący tylko jako lampowy odbiornik radiowy.

   5. Obok na kocu siedzi wytatuowana od stóp do głowy para z chłopczykiem z downem.

   6. Dziś wieczorem do naszego hotelu przyjeżdża grupa trzydziestu Dominikańczyków.

   (wieczór, Orebić, Chorwacja)

   I dzionek przeleciał. M. poczuła się lepiej. Poszliśmy na długi spacer. Tak daleko, że nogi odmawiały mi już posłuszeństwa. Cóż to za urocze miejsce. Patrzyłem z zazdrością na domy z białego kamienia, ciasne uliczki, drzewa figowe, granaty, kwiaty i myślałem sobie, że mógłbym tutaj żyć. Zagubiliśmy się w rejonach, gdzie plażowicze się nie zapuszczają. Staruszek wyszedł na chwilę z rudery bez drzwi, popatrzył na nas bez wyrazu i schował się w środku. Z ciekawością, ale dyskretnie zerknąłem do środka. Goły stół, rozpadające się krzesło, pęk ziół wiszący spod sufitu, emaliowana, odrapana miska.

   Kiedy dla ochłody wszedłem na chwilę do wody, nagle poczułem przeszywający ból w stopie. Bolało tak, że się przewróciłem i wtedy ból odezwał się w dłoni. Co to do cholery jest! Przyjrzałem się wodzie. Dno zaścielone było czarnymi jak obsydian kritersami. Coś mi się skojarzyło... Czy to nie były te słynne jeżowce? Wyszedłem ostrożnie z wody sycząc z bólu. Wieczorem M. próbowała wyciągnąć mi kolce ze stopy i z ręki, ale bez powodzenia. Kruszyły się jak krzemień. Internet doradził moczenie okładami z oliwy. Jeżowce, nie lubię was.

   PS. Okazało się, że mój chorwacki mnie zawiódł: ta grupa 30 Dominikańczyków okazała się grupą uczniów szkoły klasztornej prowadzonej przez Dominikanów.




12. Kolce w stopie

(05.09.2019, po południu, Orebić, Chorwacja)

   Dzień obijania się na plaży. M. już prawie zupełnie zdrowa. Plaża Trestenica nie spodobała się jej w ogóle. Niby ją rozumiem, nie umywa się to do plaż z Czarnogóry, czy z Albanii, gdzie stopy zapadały się w biały piasek, błękitne niebo zlewało się z turkusową wodą, a malownicze jaskinie i zakamarki kusiły tajemnicą. Tutaj jest inaczej. No ale mając pod ręką morze, a nie mając, to jednak potrafię się cieszyć nawet tutejszymi warunkami. Kolce, które ciągle siedzą głęboko w skórze, już tak nie bolą.

13. Na krańcu Hrvatska

(06.09.2019, południe, Lovište, Chorwacja)

   Opuściliśmy Orebić, ale zostaliśmy na półwyspie Pelješac. Szybko dojechaliśmy na koniec półwyspu, do niewielkiego miasteczka o nazwie Lovište. Planujemy rozbić się tutaj na dziko. Kwatera u Vinki w Orebiću była miła i wygodna, ale trzy dni kosztowały nas sto euro. Nie możemy przesadzać z rozrzutnością. A zresztą obozowanie na dziko ma swój urok. Zaparkowaliśmy przy samej plaży. Mam nadzieję, że nikt nas stąd nie wyrzuci. Zaraz idziemy na spacer. Może uda nam się znaleźć coś mniej wyeksponowanego. No ale to jest problem w Chorwacji: wybrzeże jest wąskie, ciasno zagospodarowane, ciężko znaleźć ustronne miejsce.

   Po przyjeździe wykąpaliśmy się w zatoczce tuż przy samochodzie. Później zjedliśmy śniadanie, a teraz M. się maluje i zaraz czas na zwiedzanie.

   Zauważyłem, że mniej piszę w Chorwacji. Upał, morze, spokój – te rzeczy sprawiają, że zmysły i umysł leniuchują. Wszystko wydaje się jednym, długim, gorącym dniem. Nie ma o czym pisać.

(pod wieczór, Lovište, Chorwacja)

   Siedzimy w zatoczce i patrzymy na kołyszące się jachty, miasteczka po drugiej stronie morza, błyszczące w blasku zachodzącego słońca fale. Gotuje się woda na kawę. Jachty to katamaran, a drugi zwykły z niemiecką banderą. Piję wino. M. zła, bo nie kupiliśmy mleka do kawy.

   Lista Lovištowska:

   1. Pobliska plaża z płaskim dnem, gdzie piasek jest tak drobny, że prawie można nazwać go mułem. Ale bez jeżowców! Mam uraz do tych małych skurwielin.

   2. W kafejce spotkaliśmy Boba z Nowej Zelandii, którego przodkowie pochodzą z tych okolic.  Zaprosił nas do swojego stolika i opowiedział o festiwalu, który organizuje za dwa dni w pobliskiej wiosce. Choć protestowaliśmy, zapłacił za nasze drinki. „Mam tyle pieniędzy, że nie wiem, co z nimi zrobić”.

   3. W tej samej kafejce okazało się, że barman, Kazimir, nienawidzi Polaków. Mówił o tym bez ogródek.

- Nikt nie lubi Polaków – powiedział drwiąco.

- Tak? – popatrzyłem zaczepnie. – Przejechaliśmy całe Bałkany i zgadnij, kogo wszyscy nie lubią? Chorwatów.

   M. kopnęła mnie pod stołem. Facet się wściekł i przez chwilę myślałem, że dojdzie do rękoczynów. Trochę żałowałem, że tak się nie stało. Nie chodzi o to, że byłem zły, czy urażony. Patrzyłem na to wszystko raczej z sympatią i żądzą przygody. Taka bójka we wiosce na skraju Chorwacji, z szowinistycznym barmanem... To byłoby świetne wspomnienie i historia do opowiadania w nudny zimowy wieczór. No ale Kazimir się powstrzymał.





***

   Ten dziennik jest w tej podróży bardzo dla mnie ważny. Z M. mamy ciągle jakąś blokadę, więc czuję się samotny. Pisanie sprawia, że mam towarzystwo: swoje:) Jest to miejsce, gdzie mogę być sobą, swobodnie się wypowiadać, nie bać się oceny, że coś powiem nie tak.

   A pomijając to wszystko? Cieszę się drogą. Chorwacja nie jest tak przyjazna i gościnna jak Serbia czy Bośnia, ale i tak mi się tutaj podoba. Ma to swój urok. A poza tym Adriatyk, figi, góry, język, który coraz bardziej się ze mną zżywa. I to uczucie, kiedy siedzę wieczorem na plaży, słucham szumu fal rozbijających się o plażę, skrzeczenia mew, czuję na twarzy ciepły powiew wiatru, choć to już wrzesień i w Polsce pewnie wieje chłodem. Smak wina, kanapki z lokalnym serem, pomidorami, które tylko tutaj tak smakują, albo z powidłami śliwkowymi, które tak zasmakowały M. że kupiła sobie kilka słoików do domu. Lucky Striki – krótsze niż u nas, z flow filtrem, które stały się dla nas naszymi „bałkańskimi papierosami”.

   Co jeszcze?

   - Czasami tęsknię za Bogiem. Lubiłem mieć go w swoim życiu, w codziennych sprawach.

   - W miejscu dwa razy droższym niż reszta Bałkanów bardziej odczuwam, że nie mam pieniędzy.

   - Prawie już nie czuję kolców jeżowca w stopie.

   - Słońce nie zaszło na czerwono.

   - Najwięcej wzruszeń w czasie tej wyprawy miałem przy lekturze Vonneguta.

   - Choć minął już rok od tego wydarzenia (Czarnogóra 2018), to ciągle jestem dumny i szczęśliwy, że pokonałem lęk i zacząłem pływać w morzu po głębinie. Fobia zamieniła się w zdrowy szacunek dla żywiołu i radość z pływania.

   - M. zawołała mnie na obserwację dziwów morskich. Zobaczyliśmy kraba chowającego się w dziurze i martwego jeżowca wyrzuconego na plażę.



14. Gdzieś na szczycie góry...

(07.09.2019, rano,  Lovište, Chorwacja)

   Noc była pełna wrażeń. Zaczęło się od tego, że zdecydowaliśmy się spać pod gołym niebem. Pogoda była wymarzona: ciepło, szum fal, cykady, gwiazdy. Rozłożyliśmy karimaty obok samochodu, nakryliśmy się śpiworami i oczekiwaliśmy na sen. Okazało się to jednak niewykonalne. Najpierw w krzakach łaziło jakieś zwierzę. Z pewnością niewielkie, ale jednak jego ciągłe szelesty, trzaski i jakieś dziwne odgłosy nie pozwoliły się zrelaksować. Oprócz tego warczały motorówki, brzęczały samochody i pijacko śpiewała impreza z pobliskiego hotelu. To jednak nie było najgorsze. Przyczepiły się do nas komary, perfekcyjnie wynajdujące każdy skrawek gołego ciała. No nie dało się po prostu. Wróciliśmy do samochodu.



   Ale to nas uratowało. W nocy rozpętała się gwałtowna nawałnica. To była najpotężniejsza burza, jakiejkolwiek doświadczyłem w życiu. Błyskawice i grzmoty wybuchały raz za razem, grube krople deszczu, czy raczej potoki wody uderzały o dach samochodu z hukiem. Zacząłem z niepokojem zastanawiać się, czy nie stoimy za blisko wody i czy nie dotrą do nas fale. To by było smutne. Spróbowałem coś dojrzeć za szybą, ale to było niemożliwe. Otaczała nas ściana wody, ciemności i błyskawic, nie widać było nic. Przyznam się, że choć czułem niepokój, to jednocześnie ogarnęła mnie ekscytacja i radość. Mam tak z burzami. Jest w nich coś, co sprawia, że jest mi dobrze.

   Po pół godzinie, może trochę więcej, burza zelżała i mogliśmy wreszcie zasnąć.

   Po przebudzeniu wskoczyłem popływać do chłodnego morza. Rozkosz. Po kąpieli zmyłem z siebie sól słodką wodą z butelki. Później tradycyjnie kawa i papieros.

   Przed chwilą podjechał do nas miejscowy starszy facet i zaczął nas strofować. „Wiecie, że to prywatny teren? Przyjeżdżacie tutaj, nic nie kupujecie, śpicie za darmo”. Zatkało mnie zupełnie, nie byłem przygotowany z rana na taką agresję. Starszy pan odjechał, patrząc gniewnie, a mi dopiero wtedy przyszły do głowy celne puenty. No cóż...

   Gdyby nie to, że ciągle chce mi się morza, to wróciłbym do Bośni. Mam trochę dość niegościnnych, chciwych Chorwatów... Choć to tak, jakbym oceniał Polaków po góralach z Zakopanego. No dobra, powstrzymuję uogólnienia. Nie zmienia to faktu, że tęsknię za Serbią i Bośnią.



***

   Już wiem, jakie zwierzę niepokoiło nas po nocy. Złapałem go i trzymam w słoiku. Zrobiłem mu dziurki, żeby mogło oddychać, pościeliłem też mięciutko, żeby nie było, że człowiek to świnia.

   Dalmatyński Osesek (łac. Dalmatinus Bebokus) – ssak z rodziny psowatych. Jego naturalny habitat to krzaki przy parkingach. Żywi się jeżowcami, krabami, koszmarami oraz wylizuje puszki po konserwach oraz te plastykowe pokrywki z jogurtu, gdzie zawsze zbiera się warstewka słodyczy. Lubi straszyć zabłąkanych podróżnych. Kiedy się go oswoi, zamienia się w kota. Ale tylko na chwilę.

***

   Zjemy jeszcze jakieś śniadanko i zabieramy się na kontynent. Mam dość wyspiarzy.

(wieczór, Podstranica, koło Splitu, Chorwacja)

   Zatrzymaliśmy się na kempingu niedaleko Splitu. Plaża najładniejsza ze wszystkich, jakie do tej pory widzieliśmy – przestrzenna, czyta, szeroka, biała. Kemping może być, choć minusem jest to, że tuż obok biegnie główna droga do Splitu, więc hałas mamy nieprzerwany. Ale nie przeszkadza mi. Wczoraj w nocy było gorzej.



   Ugotowałem przepyszne spaggeti. Piję białe chorwackie wino. M. czyta w internecie o okolicach, ona lubi takie ciekawostki. Co jakiś czas dzieli się interesującym faktem. Obok nas rozbija się trójka austriackich motocyklistów. Młode chłopaki. Bardzo podekscytowani. Wyglądają ogromnie sympatycznie.

Lista podsumowująca odcinek między Lovište a tutaj:

   1. Burza w Neum (bośniacki cypelek dotykający morza). Strumienie deszczu spadały po schodach jak najprawdziwszy wodospad. Pioruny waliły gęsto i blisko, gdy tymczasem jacyś szaleńcy kontynuowali pływanie. Przydały się wreszcie parasole. Poczucie swojskości, kiedy choć na chwilę w Bośni mogliśmy poczuć się bardziej bałkańsko: taniej, jakieś rudery w centrum, ludzie bardziej wyluzowani.

   2. Po południu, kiedy chcieliśmy się już zatrzymać, sprawdziliśmy jeden kemping. Był tak brzydki, zdezelowany, klaustrofobiczny i śmierdzący (ok, nie był śmierdzący, przesadziłem dla efektu), że nie mogłem uwierzyć, kto chciałby się tutaj zatrzymać nawet na jedną noc. A jeszcze zaplanować tutaj urlop?

   3. Po przyjeździe, kiedy już uporządkowaliśmy samochód, pływałem w morzu tuż po zachodzie słońca. Fale były wysokie, kołysały mną mocno ale delikatnie. Choć przed wejściem było mi zimno i niepewnie, to nagle poczułem radość i rześkość. Pomarańczowa łuna słońca, które schowało się za horyzont, kontury Splitu, mewy, spokój.

   4. Słuchamy Trójki (jest wi-fi), żeby trochę oderwać się od hałasu ulicy.

   5. Nie wziąłem prysznica po kąpieli w morzu. Jestem cały słony. Ale to w porządku, raczej nikt mnie nie będzie dzisiaj lizał.

   6. Sporo kilometrów dziś zrobiliśmy. Możemy lekko zwolnić. Dopiero sobota. Postanowiliśmy, że pojedziemy do domu przez Słowenię. Bardzo chciałbym pokazać M/ Ljubljanę. To magiczne miasto. Lubię go bardzo.

   7. A na Trójce Grubson, „Na szczycie”. Dobre zakończenie wieczoru.



15. Ruiny o kolorze piasku

(08.09.2019, rano, Podstranica, Chorwacja)



   Plażujemy. M. leży obok i się opala. Jej wysmukłe zgrabne ciało wygląda uroczo. Pragnę jej. Jest leniwie, sennie, niby błogo, a niby niepokojąco. Sam nie wiem, co napisać. Dziwny, onirystyczny poranek.

   Za łukiem bioder M. widzę bloki mieszkalne niedalekiego Splitu. Z tej odległości wyglądają jak starożytne ruiny o kolorze piasku. Wieje mocno wiatr, prawie jak nad Bałtykiem. Nieliczni turyści przechadzają się w milczeniu. Uciekł im ostatni pociąg lata, więc błąkają się zagubieni. Czasami jest mi gorąco, a czasami wiatr przejmuje dreszczem. Pływałem przez chwilę.

(południe, Podstranica, Chorwacja)

   M. szykuje się już do drogi: kąpiel, mycie włosów, suszenie. Ja schowałem się w cieniu i brzdękam na ukulele. Dawno tego nie robiłem. Gra mi się całkiem przyjemnie. Myślę, że w przeciągu godziny uda nam się wyjechać. Kierujemy się na północ wzdłuż wybrzeża.

(wieczór, Grebaštica, Chorwacja)

   Obozujemy dziś na dziko. Choć nie do końca. Spytaliśmy gospodarza, czy możemy zaparkować i przespać się w samochodzie na jego ziemi. Zgodził się bez problemu. Więc nie ma co narzekać na wszystkich Chorwatów.

   Byliśmy na spacerze po miasteczku. Bardzo miłe, spokojne, typowo turystyczne, czyli pełne knajpek, pensionatów, plaż. W czasie przechadzki trafiliśmy na miejsce, gdzie pewna rodzina oprócz pensjonatu ma sklepik z własnymi wyrobami. Kupiłem butelkę prošeku (słodkie wzmocnione wino z winogron), a jutro dokupię kilka słoików fig w rakiji, będą fajnym prezentem. Później M. zaprosiła mnie na pizzę, piwo i rakiję. Siedzieliśmy dosyć długo w knajpce, patrząc na morze i przeglądając w sieci informacje o tym miejscu. A później poszliśmy na spacer, już w ciemności. Po dwóch kilometrach doszliśmy do końca plaży. Z jachtu na środku zatoki dobiegał głośny śmiech i lekko bełkotliwe rozmowy po polsku.

   Zaraz nadejdzie sen, już czuję, jak się zbliża. Lubię spać w samochodzie i patrzeć na gwiazdy przez tylną szybę. Myślę trochę o naszej podróży, o nas, o życiu i o nadchodzących dniach: jeszcze jeden wieczór gdzieś na plaży, później Słowenia, Ljubljana, a jeszcze później dom.

   Zerwał się wiatr, a na horyzoncie zobaczyłem błyski. Czekam na kolejną burzę. Lubię spać w samochodzie, kiedy trzaskają pioruny i leje. Jest mi wtedy dobrze i bezpiecznie.  No chyba, że zaraz samochód zostanie porwany przez fale, ale to nam dzisiaj nie grozi: do morza mamy z trzydzieści metrów.

16. Namiętności Istryjskie

(09.09.2019, wieczór, Lovran, Istria, Chorwacja)

   Już wieczór, ale dopiero teraz mam chwilę, żeby napisać kilka słów.

   Dojechaliśmy aż na Istrię. Po drodze do Rijeki nie udało nam się znaleźć żadnego przyjemnego miejsca na obóz. Od Zadaru była pustka: skały, szosa, malutkie, nieturystyczne miejscowości, gdzie  nawet zaparkowanie okazałoby się trudne. Przejechaliśmy ogromną Rijekę i skręciliśmy na Zachód, na półwysep Istria. Po sprawdzeniu kilku wiosek w końcu zdecydowaliśmy się na nocleg w niewielkiej, ale naprawdę nastrojowej miejscowości o nazwie Lovran. Wynajęliśmy mały apartament w samym centrum starego miasta. M. stwierdziła, że flirtowałem z recepcjonistką i się obraziła. Nie pomogły tłumaczenia, że byłem po prostu miły i w ogóle nie byłem zainteresowany tamtą kobietą. Rozeszliśmy się więc każde w swoją stronę.

   Czuję smutek, że tak się to wszystko kończy. Jakoś trywialnie i głupio. Bez poezji. A może jest w tym poezja, ale odkryję ją później?

   A teraz czas na rysunek. Balkan Challenge trwa mimo przeciwności!:) Tylko co wymyślić w takim galimatiasie?

   Siedzę w pubie tak na marginesie. Pizza była średnia, obsługa na +3, piwo dobre (San Servolo), rakija bardzo dobra. Mam wrażenie, że rakija w Chorwacji jest słabsza niż w reszcie Bałkanów. Koło 30%, nie więcej. W Czarnogórze trzy kieliszki potrafiły zwalić z nóg, szczególnie w upał. Tutaj wchodzi jak woda.

   Temperatura w ciągu dnia to około 16 stopni. Chyba koniec z plażowaniem.  Jutro Ljubljana. Jeśli znowu rozdzielimy się na mieście, to poszukam Parku Tivoli, gdzie pobłądziłem w zeszłym roku. To było dla mnie magiczne miejsce. Poproszę tam boginię lasu o pokazanie mi nowych ścieżek. Zastanawiam się czasami, jak długo można być zagubionym? Podejrzewam, że to konkretne życie już takie będzie do końca. Ale nie skarżę się. Jestem astronautą. Poznaję obce planety. Zimne, gorące, błękitne, różowe... Nie czuję się tutaj w domu, ale widzę piękno. A pewnego dnia, po tysiącach lat odysei wrócę do domu, usiądę przy kominku i odpocznę. A ile będę miał opowieści!

   Robi się późno. Wrócę zaraz do hotelu. Włączę na chwilę telewizor. Wyciszają mnie te nieznane sprawy, ważne dla nich, a zupełnie błahe dla mnie.

17. Byłoby doskonale, gdyby...

(10.09.2019, rano, Lovran, Chorwacja)

   Obudziły mnie dzwony kościoła. O piątej zaczęły walić, jak gdyby flotylla piratów dobiła do brzegu. Przez chwilę myślałem, że jestem w domu i nie rozumiałem skąd ten hałas. Zajęło mi dobre kilkanaście sekund, zanim sobie przypomniałem: Chorwacja, Bałkany, kamienne nadmorskie miasteczko, ona, ja.



   Nie miałem ochoty już leżeć. Wyszedłem z kawą i papierosem na zaspaną jak ja uliczkę. Jest tutaj uroczo. Wąski przesmyk między starożytnymi budowlami, seledynowe okiennice, odrapane mury, czerwone zmurszałe dachówki, muszle wiszące na ścianach, skrzek nierozpoznawalnego ptaka.

   Zrobię sobie spacer. Lubię uliczki obcego miasta, zanim obudzą się turyści.

(około 14:00, Bašanija, Istria, Chorwacja)

   Mała zmiana planów: nie pojechaliśmy jeszcze do Słowenii. Postanowiliśmy spędzić jeszcze jeden dzień na plaży. O poranku zapłaciliśmy za hotel i wyruszyliśmy w poprzek Istrii (ze wschodu na zachód). To była dobra decyzja. Droga wiła się serpentyną przez zielone, piękne i górzyste okolice. Jechaliśmy powoli, spokojnie, ciesząc oczy soczystymi barwami, których tak mało w południowej części Chorwacji.

   W końcu znaleźliśmy wielki (innych tutaj nie ma) kemping nad morzem za 21 euro.

   Samochód już przygotowany (rzeczy przepakowane, śpiwory rozłożone). Siedzimy pod sosnami. Piję wino, M. robi kanapki. Tak planuję spędzić dzień. Do tego książka, dziennik. Nic więcej mi nie brakuje.

***

   Czas snuje się leniwie. Moczyłem się w morzu i smażyłem w słońcu. Obok pięknie i chłodnie leżała M. Większość czasu milczeliśmy. W końcu zostawiłem ją tam i wróciłem na kemping. Poprosiłem sympatyczną, starszą Niemkę w kamperze, żeby włożyła do zamrażalki butelkę wina. Fajnie będzie napić się lodowatego trunku w tym gorącu.

   Jestem na tyle blisko morza, że słyszę, jak fale rozbijają się o skalisty brzeg. Słońce prześwituje spoza gałęzi sosen. Śmiech dziecka. Maszeruje mężczyzna z synkiem i córką. Wszyscy tłuściutcy i poważni. Starsza pani (ta od zamrażalki) czyta z zainteresowaniem książkę. Odrobinę dalej, ale już za horyzontem Włochy. Gdybym miał jeszcze tydzień urlopu i z 300 euro, jechałbym dalej.

   Wszystko byłoby doskonale, gdyby:

   1. mieć pieniądze.

   2. nie musieć pracować. (Nie żeby nie pracować, ale żeby nie musieć tego robić)

   3. M. była prostsza, bardziej wyrozumiała... miększa.

   4. nie palić papierosów

   5. mieć większy samochód. Najlepiej Volksvagena z namiotem na dachu.

   6. nie łysieć.

   7. mieć własną chatkę w lesie.

(północ, Bašanija, Istria, Chorwacja)

   Poszliśmy wieczorem na długi spacer. W pewnym momencie ta cisza towarzysząca nam od jakiegoś czasu pękła. Powiedzieliśmy sobie sporo niemiłych rzeczy.




18. Kierunek - Italija

(11.09.2019, Bašanija, Istria, Chorwacja)

   Może to kłótnia, a może seks, ale rano mieliśmy lepszy nastrój. I postanowiliśmy, że przedłużymy wyprawę o jeszcze jeden dzień. Mamy stąd jakieś pół godziny drogi do Włoch. Spróbujemy znaleźć tam jakąś plażę i zostać jedną noc.

   1. Olej ciągle cieknie (a co, miał sam z siebie przestać?!:) Dolewam na bieżąco.

   2. Wczoraj na spacerze odkryliśmy jakieś 2 km od nas rozległy, spokojny kemping, bez tego tłoku, który mamy tutaj, o wiele piękniejszy, no wymarzony.

   3. W pobliskim warzywniaku załatwiłem dwa kartony, żeby spakować prezenty, bo poprzednie się rozwaliły.

   4. Czuję ekscytację. Zawsze tak mam, przed pierwszą wizytą w jakimś kraju. Włochy!



19. Pizza i góry w pełni księżyca

(12.09.2019, 6 rano, 1 godzina od Ljubljany, Słowenia)



streszczenie wczorajszego dnia:

   Dojazd na plażę we Włoszech miał nam zająć 40 minut. Po kilku godzinach jazdy, ciągle bez powodzenia szukaliśmy odpowiedniego miejsca. Okazało się, że po wyjechaniu z Chorwacji, zaczęło robić się tylko gorzej. Przed Triestem nie było żadnej plaży, tylko szosa i wąski pasek z dostępem do morza, sam Triest był wielki, brudny, głośny i chaotyczny, odetchnąłem z ulgą, kiedy przejechaliśmy miasto. Za Triestem też nie wyglądało lepiej. Zjechaliśmy do jakiejś kafejki, zamówiliśmy po kawałku ciasta i wyciągnęliśmy mapę. Nasza mapa Bałkanów sięgała do małego cypelka o nazwie Grado – półwyspu połączonego ze stałym lądem mostem. Zauważyliśmy czarne namiociki oznaczające kemping. No to spróbujemy.

   Plaża okazała się okropna. Brzydka, śmierdząca, zamulona, rozległa. Musiałem wejść chyba z pół kilometra w morze, żeby mieć wodę po szyję. M. opalała się przez chwilę, później zbierała muszelki.

   Na szczęście samo miasteczko okazało się bardzo ładne i przyjemne. Tętniło życiem, pełne było ciasnych uliczek, małych sklepików z ciekawostkami, knajpek. Zjedliśmy pizzę (w końcu to Włochy!), połaziliśmy po mieście i około dwudziestej pierwszej wyjechaliśmy w stronę Ljubljany.

   Jadąc w ciemności, ciężko znaleźć miejsce na obóz. Dopiero koło dwudziestej trzeciej zjechaliśmy z głównej drogi i zatrzymaliśmy się na górskiej łące, z widokiem na zalane światłem księżyca góry. Zimno było niemiłosiernie, ubrałem nawet czapkę. Ale jeszcze usiedliśmy opatuleni przy samochodzie i oglądaliśmy góry i księżyc. Bardzo to było przyjemne.



A dzisiaj:

   Po szalonych snach (coś o jeździe wśród gór, zagubionej drodze, lęku), obudziłem się około piątej rano. M. przez chwilę też była przytomna, zrobiła siku i wróciła do spania, ale ja już byłem całkiem rozbudzony i postanowiłem napisać parę słów.



20. Pożegnania

(14.09.2019, wieczór, Village, Polska)

   Dojechaliśmy do domu. Wczoraj nie dałem rady już nic napisać, a dzisiaj jestem tak zmęczony, że tylko w punktach chociaż streszczę.

Ostatnia lista:

   1. Po wyjeździe z gór, dotarliśmy szybko do Ljubljany. Bałem się, że moje wspomnienia były zbyt barwne i sentymentalne, a w kontakcie z rzeczywistością, pierzchną. Ale nie – kocham to miasto. Czuję z nim jakąś magiczną więź. Jakby żył tam w poprzednim wcieleniu. Niestety nie weszliśmy na wzgórze zamkowe, ani do Tivoli. M. wpadła w nastrój zakupowy, a ja nie chciałem jej zostawić. Kiedy wreszcie doszła do wniosku, że wystarczy, to było już zbyt późno. Trochę żałowałem, ale z drugiej strony fajnie, że mam te ulubione miejsca tylko dla siebie. Wrócę tam jeszcze.

   2. Długa droga na północ. Wreszcie koło 23:00 dotarliśmy na jakiś parking w Chorwacji. Byliśmy tak wykończeni, że padliśmy chyba w minutę.

   3. Dziś cały dzień drogi: Chorwacja, kawałek Słowenii, Węgry, Słowacja. Dotarliśmy do domu około 21:00. Rozpakowaliśmy prezenty. M. trochę podłamana, że kupiła za dużo alkoholu, zamiast pamiątek. Dałem jej na pocieszenie dwie piękne miseczki, które kupiłem w Blagaju w Bośni.

4. Challenge Bałkański prawie się udał. Piszę „prawie”, bo wczoraj nic nie narysowałem. Ale naprawię to. Poniżej kubeczek, jaki kupiłem sobie w mojej ukochanej Ljubljanie. To będzie mój ulubiony kubek do herbaty.

   5. To była... ważna wyprawa (zresztą każda taka dłuższa wędrówka jest dla mnie ważna). Dużo rzeczy znów się dowiedziałem o sobie, o M., zrozumiałem wiele, ale tak na pozytywną nutę: Boże, jak ja lubię Bałkany. Chcę tam wracać całe życie. Mam ciągle w głowie te wszystkie miejsca, ludzi, widoki, drobiazgi, wrażenia. Jest to dla mnie, jak zbieranie skarbów. Cieszę się, że codziennie pisałem i rysowałem. Nic mi nie umknie dzięki temu. Smutno mi jednak, że się skończyło. Bo wiem, że nie tylko podróż dobiegła końca, ale również inne rzeczy.

Challange bałkański:






























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz